05 stycznia 2019

[les routes et les marchés...]



les routes et les marchés

la direction générale du trafic

toujours en guerre avec leurs voisins

(du moins ceux que nous avons vus)

ils connaissent le Coran et l'écriture arabe

et sont poètes improvisateurs

qui voulait juste vivre

au-delà de toutes contraintes




03 stycznia 2019

[wjeżdżamy w końcu w karawanseraj...]



wjeżdżamy w końcu w karawanseraj – a trzeba założyć łańcuchy na koła

kaganiec na pyski – iskiereczka mruga – sen będzie krótki podróż będzie długa



jest jeszcze woda z ostatniego tornado – górski las pełen wędrującej mgły

są kwiaty rzucane do głębi wulkanu – by przyniosły szczęście inne niż lawina

kamieni i błota – klękają zwierzęta – na progu domu – granicy ubóstwa

wietrze, bij po twarzy, śmierci, daj się unikać – na motorze, zygzakiem:

prując, tonąc i spadając, z wysokości – z półobrotu! – w strugach ulewnych

deszczu z gradem –



suszyć na słońcu białe koszule – spać w drodze, lecąc – aż do Lalibela

zamienić odrzutowiec na turbośmigłowiec – wściekłość za którą płyną obłoki



ryk pociągów, wycie statków – radosne spotkania, śpiewające ptaki

toczące się wozy – zawsze tam, gdzie ty – praca za kąt w rogu i za kawał chleba

w zamian za kilka daktyli i fig –


Z wyspy Jawy



na islam nie przejdziemy islam przejdzie na nas w snach baśniach torturach sennych

majaczeniach – których źródłem są szafran cynamon goździki

nie odróżniając gorączki od upału fali gorąca od uderzeń krwi

od czasu do czasu budząc śpiew lub łkanie: śpiew albo cykanie żab tykanie bomb cykanie

śpiew po nocy rano łkanie – wycie syren ranny gwar od bazaru po bazaar:



Chiny wielkie Chiny wojenne machiny! bez państw i języków są języki i rynki

giełdy i markety bazary parkiety – przetańczona jest Europa wyśpiewana jest sawanna

w stronę Swanna w chmurze much – paść trupem na łące i na twarz przed Panem

na łące pachnącej kąkolem tymianem



trzeba żegnać się na krzyż oraz żegnać się – na północ południe zachód albo wschód

w deszczu paląc światła jak światła mijania przez litewskie śniegi białoruskie śniegi

w kolebce metali wśród drogich kamieni – przydrożnych podróżnych milowych i młyńskich

czarną skrzynkę topiąc w błocie i na polu:



czarodziejskie szkatułki chińskie odbijanki

kalafonium z Malabaru egzotyczne jaja!



pamiętam tych starych i pełnych godności kupców…



gdy wiatr na motorze urywa mi głowę gorące powietrze ciąży jako kask:

to wszystko kolory banknotów i flag! niech puszczą kolory niech się układają

i niech się ułożą jak pola ryżowe – niech pola ryżowe będą tarasowe

jak meczety minarety – którym słońce świeci których gwiazda dnieje

w formalinie powszednieje nowy dzień topiąc lody Grenlandii podnosząc oceany

bo słońce i spalina to jedno – w myślach cięłam worki z ryżem podpalałam pola

drzemały wulkany ciągle byłam śnięta – z braku obowiązku bez poczucia czasu

wydawałam rupie za bezcen jak śnięta chodziłam po gruzie na wschodzie jak śnięta

obrazy po deszczu widząc wciąż te same – tajemnicze kobiety dalekiego Wschodu!

macie półksiężyc zamiast uśmiechu – mężczyźni na dywanik przez Boga wezwani

terroryści znów idą do lekkiego już nieba z nowym ładunkiem w porze burz



ze słuchawkami od ucha do ucha i na słuchawkach – z arabskim hh

złota trąbka na sznurku rękawice do boksu



złota trąbka –



szalone dziewczyny z walizkami z Libanu

au revoir –  krzyczały, nie odrywając – kochane! – pięści od twarzy



szalone sceny z żyć wszystkich świętych

upust wszelkim złościom z tych nadmorskich skał



Umm Haram, kamień na twojej piersi unoszony przez anioły

cięższy i większy niż kwiaty Franciszka



dwa kamienie – to była krucjata czy podróż przez głód?

i żyłam wtedy tylko lotem błyskawicy wodą i powietrzem



i nie gryzłam ziemi –



wystrzeliłam rowerem z getta Rosengard



wzdłuż Amiralsgatan

z getta Rosengard – to przyczółek Europy – jej ostatni skrzek!



tłuczone kamieniem okno na świat –



śmigło nad łóżkiem jak wojna w tropikach – niebo malaryczne i apokaliptyczne

niebo Jawy – niebo zrobiło się żółte jak na starej kartce wysłanej z Batawii albo Tangerang

niesionej pocztą aż do Semarang i dalej do Tuntang – gdzie ciągle się kończą kolejowe tory

stary kolonialny budynek białe latyfundia – stare czasy! – wieka trumien

w sepii albo formalinie – w momencie przejaśnień:



żółta febra, malaria, czerwona gorączka

czarna śmierć, czarne słońce, jasna cholera



uderzanie fal, łopotanie szmat – jak stary człowiek w noc nowego roku

wjeżdżając do Daru z jednym tylko słowem – lumumba, trochę mydła i wody

lumumba – liszaj w marmury komór łaziebnych, liszaj w dziurawe cuchnące ulice

w nocy po pokoju chodziła gąsienica – za oknem grzmiało

rano chłopcy w porcie mówili mi Joshua – dziewczyny na wyspie nazwały Alosza



malaria malarone echo nihil timeo – jak gorące kamienie – jak masaż kamieniami

ukłucia komarów zawsze po zachodzie albo tuż przed wschodem – noś jasne ubrania

o zachodzie słońca zamknij okna i drzwi – malaria malarone echo nihil timeo

od zawrotów głowy i krzepnięcia krwi – gorączka i dreszcze, koszmary, zmęczenie

zło, kwiaty – wykwity – jawajskie półcienie – wysypka, utrata, zaburzenia mowy

zaburzenia snu, duszności, ból głowy, nożyce i papier, kamień – obraz krwi

za obrazem jest skrytka bez okien i drzwi –



jedzenie uliczne, mapy kieszonkowe – jedną nogą w wodzie – to skały nadmorskie

i warkot silników, podaję wysokość – dwie moje stopy nad poziomem morza

dalej są latawce, bliżej odrzutowce – wschód daleki i bliski – to warkot silników

dzieci nie machają widząc samoloty?



spadające gwiazdy lecą nad Aleppo – tylko jeden żołnierz dziś na brzegu rzeki

Mosul albo Tygrys – zarys morza, gór – drogi – ślady kół, gąsienice na piasku

i w zarysach dróg – thalassa – przejść już tylko na palcach i możliwie cicho

w pogromach jakie obiecało nam morze – w swoich ultrafioletach albo podczerwieni

wbiegając w zachody – pomiędzy jaskółki – pomiędzy zasłony – jak w wysokie trawy

za morza i rafy! albo za rozbitków! którzy w oczach nikną – którzy w oczach bledną:

raj jest podatkowy, morski wiatr handlowy, jedzenie jest uliczne, mapy – kieszonkowe



trzask zapałkami na siarczyste mrozy – wśród widm i sonetów – pośrodku litanii

a myśmy tłoczyli się tylko na stacjach: pośród kwadratowych albo szarych składów

na stacjach kolejowych – na stacjach wołyńskich – tarnopolskich i lwowskich

na stanisławowskich – stłoczeni we własnych kwadratowych bramach

wierszach tak zwanej stosownej długości – bez szerokości, bez wysokości

bez geografii co przed słowem wojna – polska wieś wesoła polska wieś spokojna



Barong Barong

załóż sarong

na farmę w Ngong



wjeżdżamy w końcu w karawanseraj – a trzeba założyć łańcuchy na koła

kaganiec na pyski – iskiereczka mruga – sen będzie krótki podróż będzie długa